Dziś mam rzadki dzień wolny. Ponieważ w noc sylwestrową od dawna wolę spać niż ucztować, skorzystam z okazji, by spokojnie i szczegółowo wyjaśnić przyczyny mojego pesymizmu co do naszych perspektyw.

Główne z nich są statystyczne, ogólnodostępne i leżą na powierzchni. W styczniu tego roku czas trwania wielkiej wojny rosyjsko-ukraińskiej przekroczy symboliczną granicę 1418 dni. Dokładnie tyle trwała wojna radziecko-niemiecka, którą w moich latach szkolnych nazywano "Wielką Ojczyźnianą". W ciągu tych 1418 dni Wehrmacht dotarł do Moskwy i Stalingradu, a wojska radzieckie do Berlina. Przełomem był rok 1943, kiedy Armia Czerwona rozbiła Wehrmacht pod Stalingradem i na Łuku Kurskim, przejmując inicjatywę strategiczną. ZSRR zdołał zmobilizować ludność, przemysł i sojuszników, gromadząc rezerwy, które odmieniły losy wojny.

My natomiast od trzech lat tracimy więcej terytoriów, niż odzyskujemy. Według danych DeepState, co miesiąc tracimy od 39 do 730 km kw. W całym 2025 roku utraciliśmy 4336 km kw. — to obszar dziesięciokrotnie większy od miasta Dniepr. Tempo strat rośnie z roku na rok.

Nie widzę w Ukrainie żadnej realnej mobilizacji zasobów. Dezercja osiągnęła poziom, który zmusił władze do utajnienia statystyk prokuratorskich. Zarobki żołnierzy są zamrożone na poziomie z 2022 roku. Większość jednostek wojskowych jest krytycznie niedofinansowana; sprzęt, Starlinki i medycynę żołnierze kupują za własne pieniądze lub dzięki wolontariuszom. Czy to jest armia zawodowa, czy pospolite ruszenie?

Mimo pomocy sojuszników przegrywamy z Rosjanami w niemal każdej kategorii uzbrojenia. Korea Północna dostarczyła Rosji 12 mln pocisków, podczas gdy USA przekazały nam nieco ponad 2 mln. Jesteśmy krytycznie zależni od partnerów, a w kwestii dronów od Chin, które jedynie deklarują neutralność.

I wreszcie — mniejszy kraj z kleptokratyczną władzą nigdy nie wygra z większym krajem o podobnym ustroju. Nie można jedną ręką kraść, a drugą walczyć. "Mniejsza kleptokracja" jest skazana na porażkę w starciu z większą. Władza Zełenskiego i Putina mają tę samą naturę: to elektoralne kleptokracje karmiące narody narkotykiem patriotyzmu. Jak pisał Samuel Johnson: „Patriotyzm to ostatnie schronienie szubrawców”.

Kiedy pod naciskiem Zachodu Zełenski zdymisjonował Jermaka, tliła się we mnie nadzieja na zmianę filozofii rządzenia. Liczyłem na wymianę Syrskiego na Dralatego i powołanie do RBNiO profesjonalistów formatu Horbulina. Wystarczyła wola polityczna, by postawić na uczciwość zamiast serwilizmu. Moje nadzieje umarły jednak przed narodzeniem.

Ten rok będzie dla Ukrainy decydujący. Albo się obudzi i radykalnie zmieni, stając się liderem wolnego świata, albo zginie, zmieniając się w Małorosję. Świat nie potrzebuje kolejnej małej kleptokracji, która bohatersko walczy, ale jednocześnie okrada własny naród i sojuszników.

Wierzyłem, że wybory uleczą „bulimię” władzy. Dziś wiem, że nie obejdzie się bez interwencji chirurgicznej. A chirurgia bez krwi nie istnieje. Zło musi zostać ukarane, a system zmieniony. Zbyt wiele oddałem temu krajowi, by pogodzić się z rządami nienasyconych łajdaków. Jeśli przeżyję, będę wśród chirurgów, gdy nadejdzie czas, by położyć Ukrainę na stole operacyjnym.